poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Rozdział VIII.

8 lat wcześniej
  Obudziłem się w pozycji półsiedzącej, spojrzałem na zegarek. Była  dwudziesta piętnaście. Przyciszyłem telewizor i wyszedłem na balkon. Powiew wiatru delikatnie muskał moją skórę. Rozciągnąłem mięśnie, po czym usiadłem na drewnianym krześle. Po chwili przysunąłem się wraz z nim do balustrady, opierając na niej ręce.
  Następnego dnia zamierzaliśmy się spotkać wszyscy u mamy – Ania z mężem i Bartek ze swoją nową dziewczyną. Ten to nie miał hamulców. Jeśli znajdował więcej niż jedną wadę, od razu kandydatka szła w odstawkę. Rodzinny grill w letnim sezonie organizowaliśmy co dwa tygodnie.   Mama urządzała zawsze wielką ucztę – smażyła karkówkę w marynacie miodowo-musztardowej, szaszłyk z piersi kurczaka, cebuli, papryki i pieczarek. Do tego na stole nie mogło obyć się bez kompotu z suszonych owoców, sałatki cesarza, ulubionej greckiej dla mnie i co najmniej trzech sosów. Po smażonym posiłku wspólnie spędzaliśmy czas, czasami grając w karty, a czasami rozmawiając o wszystkim i niczym. Gdy się ściemniało, mama przynosiła (najczęściej) szarlotkę albo inne ciasto. Podawała do tego mrożoną kawę z bitą śmietaną, która wypełniała pozostałe miejsce w  żołądku. Do godziny dwudziestej drugiej powoli każdy zbierał się do domu. Mnie zdarzało się czasami zostać na noc. Wtedy spałem na kanapie w salonie i słuchałem radia, dopóki nie zapadłem w sen.
  I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Kiedy je otworzyłem, moim oczom ukazała się ta młoda dziewczyna ze sklepu osiedlowego.
– Dzień dobry – powiedziała, przerywając ciszę. – Zostawił pan portfel na ladzie. Kiedy wybiegłam, pan już odjeżdżał. – Wyciągnęła w moją stronę skórzany portfel. – Pozwoliłam sobie zajrzeć do środka, żeby sprawdzić adres i...
– Dziękuję. Nie musisz nic tłumaczyć. – Uśmiechnąłem się, chowając portfel do tylnej kieszeni.
– Nie sprawdzi pan?
– Ale co miałbym sprawdzać?
– Czy nic nie brakuje.
– Nie sądzę. Może wejdziesz do środka? W rekompensacie zrobię ci pysznej kawy albo herbaty – zaproponowałem.
– Nie powinnam... – zawstydziła się. Miała na sobie bordowy kombinezon i wyglądała dużo bardziej kobieco niż w sklepie.
– Będę nalegał.
– No dobrze – zgodziła się, po czym weszła do środka.
– Usiądź na kanapie, a ja przygotuję... No właśnie, na co masz ochotę?
– Może być pyszna kawa. – Uśmiechnęła się, zajmując miejsce na kanapie.
  W kuchni szybko włączyłem ekspres do kawy, włożyłem kapsułkę do środka i przygotowałem dwie wysokie szklanki na mokkę. Z szafki wyjąłem cukier, który zaniosłem na ławę do salonu, a po chwili wróciłem tam z dwoma kawami.
– Proszę. Mokka z syropem czekoladowym i pienionym mlekiem. – Spojrzałem na nią. – Mam na imię Leon – dodałem, wyciągając dłoń w jej stronę. Dziewczyna wstała i delikatnie ją uścisnęła.
– Kinga. Bardzo mi miło.
– Mnie również – odparłem. Oboje usiedliśmy na kanapie. Kinga przysunęła jedną kawę w swoją stronę, wsypała dwie łyżeczki cukru i lekko zamieszała. Zrobiłem to samo. – Mieszkasz we Wrocławiu? Czym się zajmujesz?
– Tak. Na tym samym osiedlu, gdzie pracuję – odpowiedziała, zerkając na mnie.
– Krępujesz się.
– Trochę.
– Nie masz czego. – Zaśmiałem się. – Naprawdę dziękuję za portfel. Jak wróciłem do domu, nie zwróciłem uwagi, że go nie mam. A nawet jeśli, to pomyślałbym, że zostawiłem go na komendzie.
– W dowodzie znalazłam adres. Postanowiłam przyjechać od razu po pracy. Wiem, jak to jest zgubić portfel. Pan jest policjantem, dokumenty są przecież potrzebne.
– Zdaje się, że przeszliśmy już na ty. – Zaśmiałem się. Włączyłem pilotem kino domowe, a potem w telewizorze poszukałem kanału radiowego. Muzyka wypełniła chwilową ciszę. – Rodzice wiedzą, że przyjechałaś na drugi koniec miasta?
– Tak, raczej bez spowiedzi nie wypuściliby mnie z domu.
– Nie dziwię się. Młoda, piękna dziewczyna jedzie sama oddać portfel nieznajomemu.
– Kiedy powiedziałam, że jesteś policjantem, spowiedź się skończyła. – Kinga zaczęła się śmiać, a ja razem z nią. – To jednak dużo wyjaśnia.
– No tak. Masz rację.
– Pyszna kawa. Ale zaraz będę musiała wracać. Szaro się robi.
– Chyba nie sądzisz, że wrócisz tramwajem? Jestem winien ci przysługę. Odwiozę cię pod sam dom.
– Nie trzeba, poradzę sobie. – Dopiła ostatni łyk kawy.
– Będę nalegał. – Spojrzałem na nią. Jej uroda na pewno powalała na kolana wielu facetów. Nawet mnie. – Nie martw się, nie radiowozem.
– Nie musi się pan... – urwała zdanie w połowie. – Nie musisz się poświęcać. Mieszkam od urodzenia tutaj, nie zgubię się.
– Możesz tłumaczyć, ile zechcesz. I tak cię odwiozę. – Puściłem jej perskie oko, które wywołało lawinę rumieńców na jej twarzy.

*

  Już miałem wyjeżdżać z parkingu, ale zanim to zrobiłem, upomniałem Kingę, by zapięła pasy. Była na tyle zawstydzona całą sytuacją, że, zjeżdżając windą w dół, zamiast na parter, wcisnęła przycisk odpowiadający piwnicy. Wysiedliśmy więc w tej piwnicy i schodami, gdzie się potknęła, udaliśmy się wyżej.
  Przemierzając Wrocław, oboje milczeliśmy. Ja nie chciałem się narzucać, a ona pewnie czuła się skrępowana. Co prawda zwróciłem na nią uwagę w nieco inny sposób niż wtedy w sklepie, ale swoje myśli szybko odrzuciłem – była za młoda. Pewnie dopiero skończyła liceum, a ja już miałem trzydzieści lat na karku. I to właśnie te dwie liczby – dwa i osiem – cholernie mnie przerażały.   Trzydziestka dmuchała mi w kark każdego dnia, jakby chciała o sobie przypomnieć – Leon, czas na znalezienie żony, założenie rodziny – tak mniej więcej to wyglądało. Czułem się gotowy, ale większość otaczających mnie kobiet nadawała się do łóżka, tylko i wyłącznie. No cóż, łóżko i seks były fajne, ale nie zamierzałem spędzić tak całego swojego życia. Marzyłem o rodzinie, dokładnie takiej samej, w jakiej ja się wychowałem. Pełnej, z trójką dzieci i ukochaną damą obok mnie.
  W milczeniu dotarliśmy do celu. Wyłączyłem silnik i światła, i spojrzałem na Kingę, a wtedy dotarło do mnie, że ona też mi się przygląda, a prawy kącik jej ust unosi się lekko do góry.
– Jeszcze raz dziękuję. Będę regularnie wpadał na pączka i kawę – powiedziałem, posyłając jej delikatny uśmiech.
– To ja dziękuję za kawę i podwózkę. Zaoszczędziłam mnóstwo czasu – odpowiedziała, łapiąc za klamkę i już miała wychodzić, kiedy dodała: – Do zobaczenia.
– Do zobaczenia. Uważaj na siebie. Czasami bywa tu niebezpiecznie.
– Jasne. Dobrej nocy.

Rozdział VIII.

8 lat wcześniej   Obudziłem się w pozycji półsiedzącej, spojrzałem na zegarek. Była  dwudziesta piętnaście. Przyciszyłem telewizor i wyszed...